14 maja 2026r. ruszyliśmy z Łodzi do Katowic prawie 60-osobową ekipą. Jak na prawdziwych podróżników przystało, wsiadaliśmy do pociągu aż na trzech różnych stacjach – każdy według własnej strategii i możliwości. Na szczęście wszyscy dotarli szczęśliwie, nikt nie odjechał do Zakopanego ani do Szczecina, więc wyjazd można było uznać za udany już na starcie.
Katowicki dworzec przywitał nas remontami, schodami i kolejnymi schodami… ale nasza grupa udowodniła, że seniorzy i turyści mają więcej kondycji niż niejeden student. Z dworca dzielnie przemaszerowaliśmy do hotelu „Esperanto”, gdzie po krótkim odpoczynku ruszyliśmy zdobywać miasto.
Po drodze do Muzeum Śląskiego podziwialiśmy Katowice – trochę historyczne, trochę nowoczesne, a momentami wręcz kosmiczne architektonicznie. Samo muzeum zrobiło na nas ogromne wrażenie. Nowoczesne przestrzenie powstałe na terenie dawnej kopalni „Katowice” pokazały, że nawet kopalnia może przejść spektakularną metamorfozę. Zwiedzaliśmy wystawy na poziomie -4, czyli zeszliśmy tak głęboko, że niektórzy zaczęli się zastanawiać, czy przypadkiem nie wrócimy szybem górniczym. Wieczorem czekała nas prawdziwa uczta muzyczna w siedzibie Narodowa Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia podczas koncertu „Przez ciernie do gwiazd”. Budynek z zewnątrz wyglądał skromnie i poważnie, ale w środku… elegancja, przestrzeń i akustyka, która sprawia, że nawet kaszlnięcie brzmi jak solo operowe.
Koncert dostarczył nam wielu emocji. Były wzruszenia, zachwyty i bisy dla młodego pianisty Dmytro Choni oraz charyzmatycznej dyrygentki Marin Alsop. A organy w sali koncertowej wyglądały tak majestatycznie, że niektórzy zastanawiali się, czy przypadkiem zaraz nie rozpocznie się koncert w niebie. Po koncercie, korzystając z pięknego i ciepłego wieczoru, wróciliśmy spacerkiem do hotelu – spokojni, zrelaksowani i bardzo zadowoleni, choć część grupy bardziej przeżywała muzykę, a część… późną godzinę kolacji.
Drugiego dnia, po śniadaniu tak dobrym, że trudno było odejść od stołu, ruszyliśmy z przewodnikiem zwiedzać Nikiszowiec. Ceglane familoki, klimatyczne uliczki i niezwykła atmosfera tego miejsca sprawiły, że czuliśmy się trochę jak na planie filmu. Spacerowaliśmy, słuchaliśmy ciekawostek i robiliśmy zdjęcia wszystkiemu, co się dało – a szczególnie sobie nawzajem.
Ostatnie chwile w Katowicach każdy spędzał po swojemu: jedni kupowali pamiątki, inni odpoczywali, a jeszcze inni prowadzili poważne dyskusje o tym, kto pierwszy zaśnie w pociągu.
Do Łodzi wróciliśmy zmęczeni, ale szczęśliwi, bogatsi o nowe wspomnienia, piękne przeżycia i – co równie ważne – wiedzę o smartfonach przekazaną przez niezastąpioną Jagódkę, która po raz kolejny udowodniła, że dla niej telefon nie ma tajemnic. A wszystko to mogło się wydarzyć dzięki naszej niezawodnej niesamowicie zaangażowanej Ani – starościnie sekcji turystycznej, której należą się wielkie brawa za organizację, cierpliwość i dopilnowanie, żeby cała sześćdziesiątka wróciła do domu w komplecie!
Danusia Kozłowska
